Z Tytusem przez świat cz.5 - ostatnia

Poprzednie części:


ic9c.jpg
Rozdział IV – Kopalnia Złota – Celtic Gold cd.
Obiecywałem w miarę szybkie zwiedzanie, tfu.. penetrowanie kopalni Celtic Gold wspólnie z Panem Anzelmem. Niestety nie okazało się to takie proste, jak sądziłem podczas wieczornych przygotowań. Ciepły, czerwcowy dzień miał się ku końcowi, kiedy Pan Anzelm ze swoją kompanią otworzyli pierwszą butelkę nektaru aniołów. Nie chciałem pić. Wielokrotne doświadczenia moich podróży wbiły mi do głowy dość prostą zasadę – Nie pij przed wyprawą! Późniejsze doświadczenia nieco ją zmodyfikowały – Nie pij kilka godzin przed wyprawą! Cóż… obudziłem się rano z morderczym bólem głowy. Instynkt podpowiadał mi – szukaj wódy wody. Podczołgałem się do strumyka, który znajdował się mniej więcej trzydzieści metrów od obozowiska i począłem chlipać zimną wodę, niczym łania wyczerpana całonocnym spotkaniem z jeleniem. Po zaspokojeniu pragnienia dostrzegłem jednak sytuację, która zaskoczyła mnie o niebo bardziej, niż poranny ból głowy. W obozowisku nie było śladu ani Pana Anzelma, ani jego towarzyszy. Byłem tylko ja i Kazelot Hamilton – mój wierny towarzysz. Zbudzenie go było nie lada wyzwaniem. Posłużyłem się menażką i wodą.

- Co to kurwa jest?! – podziękował

- Woda – górska, czysta, pachnąca, smakowita – Najwyraźniej ta reklama go zachęciła, gdyż pocwałował niczym uciekająca przed gepardem gazela w kierunku strumyka. Wydaje mi się, że pił, choć dziwnie zmieniająca kolor woda w strumyku nieco skorygowała moje podejrzenia.

Zupek chińskich nam nie brakowało (ukłony w kierunku Ministra Finansów :) ), więc głodni nie byliśmy. Nurtowało nas jednak pytanie, gdzie podziali się nasi kompani. Odpowiedź poznaliśmy wraz ze znalezieniem maleńkiej karteczki w kieszeni znajdującej się we wnętrzu naszego namiotu. Był to list od Pana Anzelma – trudny do odczytania, ale stawiający nas w nieco kłopotliwej sytuacji.

„Chopy! Ta szychta to nie je tak hop siup. Moje rychtowanie bedzie kapke dugsze. Jo tera ida na swoja dziedzina coby odsapnąć. Łobaczymy sie za dwa miesiące. Chowcie sie!

onba.jpg
Kazelot w obozowisku (jeszcze przed znalezieniem listu)

List starego górnika utwierdził nas w przekonaniu, że jest to osoba niezrównoważona psychicznie. Przecież wszystko było przygotowane, sam dziadunio czekał na tę wyprawę jak student na piątek, a tu co?

-Skurwysyn nas wydymał! – żachnął się Kazelot – od razu widziałem w jego oczach żmijowatość. Menda i tyle.

Mimo wulgarności kompana, głupotą byłoby się z nim nie zgodzić. Stary górnik zostawił nas samiutkich jak palec w lesie o którym krążyły nieprzyjemne plotki. Jedna z nich głosiła jakoby wśród tych buszów grasowała banda dzikich arabów porywająca młodych, pełnych seksapilu mężczyzn (o zgrozo!) do swoich siedzib, w których oddawała ich w ofierze swojemu bóstwu o pełnej strachu i śmierci nazwie „Koza”. Z uwagi na to, że mamy zbyt mało odwagi, by sprawdzać realność tychże plotek, postanowiliśmy się wycofać do naszych domostw tzn. jak zwykle do mojego domostwa w Grodzisku. Wymontowałem je na picuś glancuś. Przyznam się, że podczas restaurowania Pałacu Ambasadorów zamówiono (na moje polecenie) nieco więcej wygodnych łóżek, zdobionych arrasów i innych dziadostw. Wobec tego nocleg był niesamowicie komfortowy, mieszkanie nadaje się także na wszystko to co kryje się za słowem „biba”. I tak po nitce do kłębka, poprzez dni lepsze i gorsze, dotarliśmy do sądnego dnia w którym ponownie mieliśmy się spotkać z Panem Anzelmem u wrót kopalni Celtic Gold. Otaczający wejście do kopalni las tym razem był jakiś inny, mroczniejszy. Zdawało się, jakby coś wewnątrz skorupy ziemskiej nie chciało, żebyśmy zakłócali jego spokój.
Stary górnik już na nas czekał. Siwa broda, długie włosy – nie można było go przeoczyć. Jego „ekipa” składała się w głównej mierze z, jak mniemam, jego synów i znajomych – bo tak nazwać trzeba kilku małych chłoptasiów i kilku.. większych chłoptasiów.

- Dobry! – powitał nas – Narychtowaliście się na szychta? Dobre. To je moja czelodka – rzekł wskazując na swoich kompanów – Imion wom godać nie bede, bo i tak zapomnicie. No! Drałujmy do te gruby bo się ćmić zaroz bedzie.

Anzelm miał rację. Dzień miał się już ku końcowi. Trochę baliśmy się wkraczać do kopalni i badać ją w nocy, szczególnie, że przecież to wtedy budzą się tam najobrzydliwsze stwory, by bić, mordować i gwałcić.

- W grubie to jeden pieron. Noc czy dzień i tak ciemno jak w dupie u murzyna – wyjaśnił doświadczony górnik - A boboków się nie bójcie! Powinni my je ominąć… - rzekł kwaśno po czym ruszył w kierunku wejścia.

3egg.jpg
Słit focia przed wejściem

Na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż ta świątynia nadziejskiego górnictwa dawno ludzkich oczu nie widziała. Tymczasem Pan Anzelm ewidentnie czuł się jak u siebie w domu. Dotykał niemal każdego kamienia powiadamiając go niejako, że tatuś wrócił. Przechodząc pod wielkimi, stropowymi belkami zdawał się być dzieckiem, któremu po miesięcznym szlabanie pozwolono ponownie zagrać w ukochaną Tibię.
Powoli schodziliśmy w dół krętymi schodami, aby nareszcie znaleźć się w głównej sali kopalni. Monstrualnych rozmiarów pomieszczenie wsparte było niezliczoną ilością wysokich jak sekwoja kolumn z których każda zdawała się nie mieć końca. Panująca w około ciemność nie pozwalała nam dostrzec sufitu komnaty, co tylko zwiększało jej majestat. Nagle wokół nas coś się poruszyło. Nieświadomie chwyciłem Kazelota za rękę.

- Spierdalaj! – otrząsnął mnie kompan.

Chwilę później dostrzegłem jakaś kreaturę poruszającą się w ciemnościach. Dalej nie było lepiej, kreatur było więcej i więcej. Ostatecznie miałem wrażenie, że otacza nas mrowie nieprzyjaciół. Poczęli się zbliżać i zbliżać. W końcu dostrzegłem dokładnie kim byli. Umożliwiała nam to latarka, którą Anzelm zamontował w swojej lasce – dzięki niej naprawdę wyglądał jak Gandalf! Stwory przypominały skrzaty, były małe i obrzydliwe. Patrzyły na nas trochę z byka co wskazywało na ich nieprzyjacielskie nastawienie. Chwilę później sytuacja obróciła się o 180 stopni. Nie jestem w stanie słowami opisać tego co się stało, na szczęście jednak miałem kamerę (Sarmatian Geographic zafundował) dzięki której udało mi się zarejestrować to co wydarzyło się w kopalni Celtic Gold. Uprzedzam, że podczas konwertowania filmiku coś mi się zepsuło z głosem postaci, przez co są one niezrozumiałe. Na szczęście pamiętam wszystkie kwestie więc dodałem napisy.

Tak.. to stało się naprawdę. Po dramatycznej walce Pan Anzelm runął w głębiny kopalni, która tak głęboko wpleciona była w jego serce.

-Pochowany został tam, gdzie z pewnością chciałby zostać pochowanym – pocieszał Kazelot, którego na marginesie pierwszy raz w życiu widziałem w takim stanie. Papieros w jego ręku delikatnie drgał, a usta wykrzywiał grymas cierpienia i smutku. Po jego policzkach wyraźnie spływały łzy.

Ognisty Bebok był najstraszliwszym stworzeniem na całej Wyspie Sarmacji. Strącenie go w czeluść nie oznaczało jednak końca kłopotów. Wewnątrz kopalni obudziliśmy także okrutne skrzaty, które tylko czyhały na to, by nas dorwać. Gdy tylko wydostaliśmy się z kopalni drugim wyjściem, momentalnie dostrzegliśmy watahę atakujących nas monstrualnych hien (wydaje mi się, że to jakaś krzyżówka hieny jaskiniowej, którą kiedyś z Kazelotem odkryliśmy z wilkiem? Psem? Nie mam pojęcia) ze.. skrzatami „na pokładzie”. Liczebność naszego oddziału to mniej niż 10, do tego kompletnie nie przygotowani do walki. Musieliśmy wezwać pomoc. Na szczęście moje znajomości w KSZ i tym razem okazały się przydatne. Prędko wyciągnąłem komórkę, aby niczym zagrożony astronauta („Houston, we have a problem!”) wezwać centralę. Jack von Horn – szef administracji wojskowej jak zwykle czekał na takie jak ja zagrożone owieczki. Poinformował mnie, że właśnie stacjonuje niedaleko Nadziei wraz z pułkiem kawalerii wojskowej. Najwyraźniej szczęście mnie nie omijało. Chwilę później pułk zjawił się u wejścia do kopalni. Skrzaty do tego czasu nie poczyniły żadnych kroków ku temu, aby nas zniszczyć. Możliwe, że po prostu nie zauważyły kilku osób wychodzących z podziemi, ponieważ pojawienie się pułku kawalerii natychmiast je aktywizowało. Momentalnie przestawiły się ze stanu spoczynku w stan gotowości. Kilka minut później w naszym kierunku pędziła już wataha hien z „kierowcami” na barkach. W Książęcych Siłach Zbrojnych należę do Marynarki Wojennej, więc krótko mówiąc niezbyt nadaję się do walki lądowej. Dlatego postanowiłem trzymać się z tyłu atakującego oddziału. Jack von Horn jadąc na czele kompanii wykrzykiwał motywujące wszystkich hasła:
- Za Sarmację! Za regenta Markusa! Za wszystkich książąt-seniorów! Za Gellonię i Starosarmację! Za Baridas! Za Sclavinię! Za.. tfu!.. Wandystan! – po chwili namysłu dodał – Za Teutonię!
Pędząca kawaleria w pełnym słońcu wyglądała nieziemsko. Nie omieszkałem nagrać całej sytuacji (wbrew pozorom jazda z tyłu na wiele pozwalała).

Kazelota znaleźliśmy dość szybko. Strasznie się poobijał, ale żył- co najważniejsze. Jedyne o co prosił to o papierosa - prośbę spełniliśmy. Życzliwie podziękowaliśmy oddziałowi kawalerii. Dostaliśmy odpowiedź w stylu „zawsze do usług” czy jakoś tak.
Przepełniony adrenaliną wróciłem do swojego domostwa. Przed Grodziskiem opuścił mnie Kazelton, udający się na pociąg/samolot do CdB. Leżąc na łożu dopadła mnie chwila nostalgii. Pan Anzelm był dzielnym człowiekiem. Mimo wyzywania nas od „pieronów” ocalił ostatecznie nasze życie. Dzięki niemu także udało nam się zbadać tajemnice kopalni złota Cetic Gold. Oświadczam, iż nie polecam żadnemu podróżnikowi udawanie się w tamte rejony. Nie mamy pewności czy Ognisty Bebok wydostał się z czeluści czy nie. Ponadto po tamtejszych korytarzach grasuje mnóstwo niebezpiecznych skrzatów. Na koniec dodam, iż spadający Bebok rozpier*olił ostatni most łączący wejście do kopalni z wyjściem, co oznacza, że miejsca przejść się obecnie nie da.
Grupa Kazelot & Tytus na chwilę obecną zawiesza działalność podróżniczo-kaskaderską. Musimy odpocząć, popisać wiersze i w końcu porządnie się wyspać.

O czym informuje pogrążony w smutku
po śmierci Ś.P. Anzelma ps. „Górnik”:
(-) Tytus Aureliusz
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
3 655,00 lt
Ten artykuł lubią: Daniel Chojnacki, Kazelot Hamilton, Ivo Karakachanow, Piotr II Grzegorz, Krzysztof Kura, Henryk Leszczyński, Yupeng Beijin-Zhao, Adrian Maksymilian Józef Alatriste, Mirosław Kryński, Jack von Horn, Roland Heach-Romański, Paulus Buddus, Misza "JK" Korab-Kaku, Ivusia Buddusówna, Aleksander Damian von Thorn-Chojnacki.
Komentarze
Adrian Maksymilian Józef Alatriste
Szkoda, że koniec : (
Odpowiedz Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Witam
Epickie zakończenie :)
Permalink
Jack von Horn
Jak milo brać udzial w walce. Dla takich chwil zyja zolnierze.
Odpowiedz Permalink
Ivusia Buddusówna
Tak, zakończenie faktycznie fajne, ale i tak szkoda, że to koniec. Mam nadzieję, że za jakiś czas stworzysz inny, równie ciekawy projekt! :) No i liczę, że będziesz się rozwijał w tym kierunku, bo dobrze Ci idzie. chętnie przeczytam ebooka Twojego autorstwa :)
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.