Gazeta Teutońska, Karolina Aleksandra, 22.11.2013 r. o 23:20
Wando i Arminie!
Seria wydawnicza: Sztuka Apollina

opowieść inspirowana historią Pansy Anclar-Swarzewskiej pt. ”Zaświaty”

* * *

Jan ocknął się. Pierwszą rzeczą, którą zauważył, była wszechogarniająca światłość. Dosłownie zewsząd lało się światło. Co dziwniejsze, można było na nie patrzeć bez obawy doznania urazu oczu — lecz nie można było dostrzeć jego źródła.
– Wando i Arminie! – westchnął mężczyzna. – Gdzie ja jestem?
Nagle rozległ się dźwięk, żywo przypominający pstrykanie palcami, i Jan dostrzegł, że obok niego pojawiła się chmura dymu. Po chwili, gdy opadła, mógł dostrzec, z kim ma do czynienia.
– Wyp********ć, towarzyszu! – krzyknął Wanda we własnej osobie. Grodziszczanin z niedowierzaniem lustrował mundur, na którym wisiały liczne medale i odznaczenia za zasługi dla proletariatu światowego. – No cóż tak, towarzyszu, zamilkliście? – spytał rewolucjonista czczony przez ludy robotnicze od Genosse–Wanda–Stadt (które, nomen omen, zostało nazwane na jego cześć) po najdalej wysunięte punkty Anhaltu. – Myślałem, że mnie wołaliście?
– W-wyp... – zaczął Jan, jąkając się z zaskoczenia. Sumienie i pochodzenie nie pozwoliło mu jednak na dokończenie wandejskiego powitania, więc taktownie rzekł:
– Dzień dobry! Co to za miejsce?
– No jak to, co to za miejsce? – na twarzy Wandy odmalowało się zaskoczenie. – To wy, towarzyszu, wymienialiście moje imię, a nie wiecie, gdzie jesteście? Oczywiście, że jesteście na drodze do raju ludu robotniczego, tam gdzie trafiają najwybitniejsi proletariusze tego świata.
– Ale... ale tego... – ponownie zająknął się Grodziszczanin. – Ja... jestem Sarmatą. Monarchofaszystą.
– Jak to? – zmarszczył oblicze Wanda. – Nie żartujcie sobie ze mnie, towarzyszu! Wołaliście mnie!
– Noo... tak z przyzwyczajenia... – niepewnie odparł Jan. – A tak właściwie to chyba Armina bardziej wołałem.
– Ach, w takim razie wszystko jasne! – oblicze ojca Wandów rozpromieniło się, a na jego mundur znów wstąpiły barwy ludu robotniczego. – Już myślałem, żeście zakałą naszego proletariatu, a wy po prostu zbłądziliście na ścieżce Armina! Już was prowadzę do niego, on pewnie nie odpowiedział, bo jak zwykle, zajęty. Tylu monarchofaszystów go woła, a on prawie nigdy nie odpowiada, bo ciągle siedzi w swoich papierkach!
Jan tylko przytaknął, wciąż oszołomiony tak zacnym towarzystwem, i nie do końca pewien, gdzie właściwie się znajdował. W milczeniu podążał za Wandą po niekończących się schodach, które się pojawiły znikąd. Gdy wyszli ze światłości, Jan próbował rozejrzeć się dookoła, próbując jednocześnie dotrzymać kroku rewolucjoniście. Odnotował, że wciąż nie ma pojęcia, co to za miejsce, w którym obecnie przebywa, ale za to pod nimi rozciąga się czerwień, która po bliższych badaniach okazywała się tłumem wymachującym flagami Wandystanu i wszelkimi symbolami rewolucji robotniczej. Nie miał jednak okazji przyjrzeć się scenie bliżej, bowiem Wanda szedł szybko.
W końcu dotarli przed jakieś drzwi. Towarzysz odwrócił się do Jana.
– Mam nadzieję, że pamiętacie o protokole dyplomatycznym i takich tam waszych monarchofaszystowskich głupotach – rzucił szybko i zapukał do drzwi. Niedługo trzeba było czekać na ich otwarcie. W progu stał ktoś, po czyim wyglądzie można było wnioskować, że jest Scholandczykiem — nosił on bowiem mundur w czarno-żółtych barwach z herbem Armina Friederika wyszytym na piersi. Początkowo stał wyprężony na baczność, lecz gdy ujrzał proletariacki mundur Wandy, jego zapał osłabł.
– Straż Królewska – mruknął.
– Ten oto towarzysz chce do Armina – rzucił Wanda, rozmyślnie chyba nie dbając o monarchofaszystowską tytulaturę. – Wpuśccie nas.
– Niech poda swoje personalia.
– Jan Sarmacki – odezwał się mężczyzna, nerwowo przestępując z nogi na nogę i zastanawiając się, czy to wszystko jest tylko jakimś przedziwnym snem, czy jednak naprawdę trafił do tej, jakże dziwnej, krainy.
Po chwili gwardzista poprowadził ich przez szereg korytarzy pod wielkie drzwi. Zręcznym ruchem rąk otworzył je, zaś gościom ujrzał się blask i przepych — setki lamp, rzeźb z marmuru, pozłacanych tapet, a przede wszystkim, na samym środku, czerwony dywan. Po obu jego stronach stali gwardziści, wyprężeni na baczność.
– Oto wasze monarchofaszystowskie zbytki – rzekł pod nosem Wanda, jednak na tyle głośno, aby Jan go słyszał.
Strażnik poprowadził ich po dywanie ku wielkiemu tronowi, na którym siedział założyciel Scholandii i jej pierwszy monarcha. Jan zaczynał coraz bardziej wierzyć, że to wszystko mu się śni — Wanda, no dobrze, zdarza się, ale jeszcze Armin?
– Wasza Królewska Mość! – zawołał głośno strażnik. Armin podniósł głowę znad akt i spojrzał na przybyłych gości.
– Czegoż Wasze Ekscelencje sobie życzą?
Jan, lekko już zniecierpliwiony, wypalił pierwsze pytanie, jakie mu przyszło do głowy.
– Gdzie ja jestem?
– A to, Wasza Ekscelencjo, jest skomplikowane pytanie. Jedni, tacy jak tutaj – tu Armin skinął głową w kierunku Wandy. – twierdzą, że otacza nas kraina wymarzona dla proletariuszy i ludu robotniczego, inni zaś sądzą, że jesteśmy na Olimpie, mitycznej górze, gdzie rządzą wielkie osobistości wywodzące się ze świata śmiertelnych. Różne są opinie, Wasza Ekscelencjo!
– Ja się nie o opinie pytam, a o fakty... – nieśmiało zauważył Jan. – Wasza Królewska Mość – dokończył śpiesznie, pamiętając uwagę o protokole.
– Cóż, fakty są takie, że opuścił Wasza Ekscelencja świat śmiertelnych i lada chwila zostanie skierowany na sąd ostateczny.
Jan Sarmacki, pięćdziesięciojeden latek, właśnie sobie uświadomił, że Armin nie żartował. Z szeroko rozdziawionymi ustami wpatrywał się w Króla, próbując przyswoić sobie usłyszaną właśnie informację. Już nie zobaczy nigdy więcej swojej rodziny, nie powie „dzień dobry” swoim podwładnym, ani też nie będzie spacerował po ulicach Grodziska, podziwiając swoje piękne miasto.
– A teraz, jeśli Wasza Ekscelencja pozwoli, wrócę do pracy nad projektem ustawy zasadniczej dla mojego królestwa – oznajmił Armin.
– Tej konstytucji, co piszecie ją od 2007 roku, towarzyszu? – spytał złośliwie Wanda. – I tak systemowcy przejęli władzę, i słusznie, bo rewolucja zawsze zwycięża!

* * *

Jan Sarmacki zmarł nagle a tragicznie w wieku 51 lat, czyniąc swoją żonę Marię wdową i osierociwszy dwójkę dzieci o wdzięcznych imionach Elżbieta i Wiktor. Ustalono, że przyczyną śmierci był zawał serca, zaś wezwane pogotowie nie mogło zrobić nic innego, jak wystawić akt zgonu. Jan był człowiekiem zacnie się prowadzącym i powszechnie szanowanym, nie należy się zatem dziwić temu, że na jego pogrzebie stawiła się niemal cała śmietanka towarzyska Książęcego Miasta Grodziska. W ostatniej drodze, oprócz wspomnianej żony i dzieci, towarzyszyli mu także rodzice. Gdy żałobny pochód doszedł na Cmentarz Grodziski — jeden z najstarszych w Księstwie — i trumna została opuszczona do grobu, Maria Sarmacka podniosła grudkę ziemi i cisnęła nią w dół.
– Wanda wie, co się z nim dzieje teraz... – westchnęła.

Rejestr zmian

Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
7 567,00 lt
Ten artykuł lubią: Ivo Karakachanow, Simon Peter Liberi, Tomasz Ivo Hugo, György Róni Karakachanow Jr, Jack von Horn, Michał Hodża Kiełbasa-Krakowski, Prezerwatyw Tradycja Radziecki, Krzysztof Kura, Jan via Teutończyk, Fryderyk von Hohenzollern, Konrad Van den Budenmayer, Teodozjusz Azoramath-Arped, Leszek de Ruth, Gauleiter Kakulski, Vladimir von Hochenhaüser.
Komentarze
György Róni Karakachanow Jr
"Ten artykuł lubią: Ivo Danuta Karakachanow Śr, Simon Peter Liberi, Tomasz Ivo Hugo, György Róni Karakachanow Jr." ELITA.
Permalink
Jan via Teutończyk
Mi się podoba, więc też "lubię to" ;)
Odpowiedz Permalink
Leszek de Ruth
@György Róni Karakachanow Jr: nie ma to jak dodać sobie splendoru wymieniając swoje nazwisko obok innych, wpływowych :*
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.