A wszystkiemu winien wiatr

O
ni śmiali i dumni. Oni ufni we własne siły. Ufni tylko sobie. Zadufani tylko w sobie. Wiadomo, smok nie przelewka. Ale kto, jak kto, to oni sobie przecież ze smokiem poradzą. Właściwie to smok winien już sam sobie ze sobą dać spokój. Na sam dźwięk ich imion. Dziwne, ze jeszcze tego nie uczynił. Dziwne, ze jeszcze nie wziął nóg za pas. Widocznie za łapczywy był. Za dużo dziewic skonsumował. Za bardzo się obłowił. I teraz brzuch mu zwisa potężny i wydatny. Brzuch mu się tak rozrósł, ze pasa mu nie staje. A skoro przepasać się nie mógł, to i nóg za ów pas, co się nim opasać nie mógł, nie wziął był.


N
o, ale skoro smok się nie postarał, będzie trzeba mu w tym dopomóc. Trzeba będzie tego smoka na cztery wiatry. A zatem w drogę. Smok niechaj już drży. Smok niechaj już się boi. Smok już niech daje dyla. A przynajmniej niech dawanie dyla intensywnie ćwiczy.


J
uż widzieli tę chwałę. Już widzieli te laury spoczywające na ich skroniach. Ten podziw. Te zaszczyty. Te tytuły pogromców wszechczasów. No i wszelakie skarby do podziału pozostałe po wypędzeniu ewentualnie zgładzeniu tego smoczusia. Pieśń brzmiała na ich ustach. Pieśń dumna. Pieśń spod serc rozochoconych niesiona.


T
ylko co tu robią te wszędobylskie skrzaty? O żadnych skrzatach nikt nigdzie nie wspominał. O żadnych skrzatach nie było nigdy mowy. Co to ma niby być? Podróbka niemieckich krasnali w najbardziej wrednym z wrednych wydaniu?


A
le co tam skrzaty. Furda skrzaty. Żaden skrzat nam niestraszny. My się skrzatów nie boimy, wszystkie skrzaty oszkapimy.


N
iewiele myśląc – ba, widział kto kiedy krasnala-myśliciela? – odważny choć mocno już wstawiony po całonocnej balandze krasnal zaczął cos bełkotać pod nosem i grzebać w swych sakwach. Jak pomyślał, tak i zrobił. A raczej zadziałał wedle potrzeb swej fizjologii. Jako, że doskwierał mu kac nad kace, pierwszą i jedyną myślą, jaka kołatała w jego niespecjalnie używanym umyśle, było: napić się. Wyciągnął karafkę z wysokoprocentowym krasnoludzkim bimbrem. Co mu w ogóle strzeliło do tej zapijaczonej łepetyny, ażeby zaprzyjaźniać się z tymi pokręconymi, ociekającymi wrednością skrzatami?


N
ie ma co ukrywać. Nierozgarniętemu krasnoludowi i tak niemal się udało. Niemal, bo wszystko przez te wiatry. Przez tę jego ulubioną grochówkę krasnoludzką. Gdyby nie ona, gdyby go wiatry nie były naszły, może i nawet by się ze skrzatami napił, zaprzyjaźnił i ich sympatię sobie zaskarbił. Ale wzięło go i wzdęło. No i poszły wiatry, że aż w głowie zakręciło. Wszystkich pomdliło i jeden przez drugiego dali ciała. A może to jednak nie przez te wiatry? Może dali ciała, bo zbytnio zadufani w sobie, stanęli nieprzygotowani wobec bandy skrzaciątek? Jeśli tak się to ma zacząć, co będzie dalej? Czyżby polegli nasi wspaniali bohaterzy już na pierwszej próbie?


S
zli jak po swoje. Szli pewni siebie. Szli, jakby cały świat do nich należał. A tu nagle trach. Jakby im kto po oczach dał. Jakby im kto zdzielił i łby baranie poprzetrącał. Całe szczęście, ze to tylko skrzaty, a nie rozsierdzony ich obecnością smrodliwy samotny ogr. Skończyło się na kuksańcach i salwie śmiechu, jaką uraczyła ich banda rozbawionych do łez skrzatulców.


C
o właściwie myśleli sobie nasi nieustraszeni bohaterowie i bohaterki? Że Smok sam o litość poprosi, sam się na rożen nadzieje, albo ze strachu przed nimi zawału dostanie i ducha swego co prędzej dla świętego spokoju i ich chwały weźmie i wyzionie? Komu te przechwałki? Komu to puszenie się? Komu groźby? Skrzaty za nic mają takie głupców postępowanie. Rozbawione dalejżesz dokazywać. Swoją drogą, który z nich znalazł w sobie tyleż odwagi co sprośności, aby krasnoludowi w rzyci rubina zasadzić?


O
j niedobrze, niedobrze mości bohaterowiczowie. Śmiech ten i skrzatów swawola jakoś otrzeźwiły i rozsierdziły śmiałków. Doznawszy upokorzenia i na własnym grzbiecie doświadczywszy hańby swych przechwałek, za broń złapali i do boju się uszykowali. Oj będzie niewesoło,, będzie nieciekawie. Oj, oby tylko nie zakończyło się to kolejna porażką i plamą na bohaterów honorze.


A
le cóż, tam gdzie rozum nie staje, miast argumentu czasami argument siły starczyć musi. Czego nie da się sposobem, trzeba sforsować. Zatem kupą mości bohaterowie.

Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2013.12.17
Adam Gabriel Grzelązka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
2 970,00 lt
Ten artykuł lubią: Krzysztof von Thorn-Macak, Paulus Buddus, Vladimir von Hochenhaüser, Krzysztof Czuguł-Chan, Gustaw Witkowski, Calisto Norvegicus-Chojnacka.
Komentarze
Krzysztof von Thorn-Macak
Adamie - jak tylko się spotkamy masz u mnie duuuże piwo za każde opowiadanie z sesji jakie popełnisz :)
Odpowiedz Permalink
Adam Gabriel Grzelązka
Czas pokaże, na ile weny starczy. Opowiadanka luźno nawiązują do sesji i mam nadzieję, ze wybaczą mi uczestnicy stronniczość i subiektywizm opisu. Taka licencia poetica.

Mam nadzieję, ze uda się jednak naszą małą sesję urozmaicić i wzbudzić większe zainteresowanie dla niej :)
Permalink
Gustaw Witkowski
Bardzo fajne, czekam na więcej! :)
Permalink
Calisto Norvegicus-Chojnacka
Super :) czekam z niecierpliwością na kolejną część :)
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.