Miesiąc Trzyczaszkowa - Pani Złotego Wybrzeża

Podróż przez puszczę zdawała się nie mieć końca. Dni mijały jeden po drugim, takie same - pełne deszczu, gorąca i owadów. Powoli zaczynaliśmy tracić nadzieję, że w końcu uda nam się wydostać z tego zielonego labiryntu gdy naszym oczom ukazał się złoty piasek. Szczęśliwi, ale i pełni obaw kroczyliśmy na najpiękniejszą plażę całego Księstwa.

Wiedzcie, drodzy Przyjaciele, że nie ma już takich plaż na świecie. Piękny piaszczysty brzeg, krystalicznie czysta woda i różnego rodzaju zwierzęta, które prawdopodobnie nigdy nie widziały ludzi, więc nie odczuwały przed nami strachu. Napawaliśmy się długo tym niecodziennym widokiem i powoli, w doskonałych humorach ruszyliśmy brzegiem morza na północ wypatrując zapomnianych zabudowań kurortu, który był kiedyś niekwestionowaną letnią stolica Sarmacji.

Jako pierwsza naszym oczom ukazała się stara strażnica. Żołnierze Książęcych Sił Zbrojnych wyjaśnili nam, że dawniej właśnie w tym miejscu znajdowała się tajna baza wojskowa, z której swą piecze na całą wyspę roztaczało wojsko. Dowódca oddziału oddelegowanego do ochrony oficjeli, którzy wyruszyli w głąb Marchii Trzyczaszkowskiej pokazał nam również kilka innych zabudowań powojskowych. Sprawdziliśmy, czy w bazie znajduje się coś, co może się nam przydać lecz nie znaleźliśmy nic prócz wolnościowych haseł bojówek Wolnej Republiki Morvan. Nie mogąc pogodzić się z faktem, że terytorium Księstwa nie podlega żadnym podziałom, ostatni partyzanci zaszyli się we wszystkich prawdopodobnie lasach wyspy i od czasu do czasu dawali się we znaki jej mieszkańcom. Nie zdziwił nas fakt, że urzędowali i tu, gdzie nikt dobrowolnie się nie zapuszczał.

W końcu po kilkugodzinnej wędrówce udało nam się dotrzeć do kurortu. Legendarne Złote Wybrzeże porzucono lata temu, bo rzekomo brakowało klientów, ale każdy, kto choć raz widział ten raj na ziemi czuł w duszy, że nie to było powodem. Przez pewien czas próbowano wyjaśnić zagadkę zamknięcia kurortu, jednak później, gdy Marchia opustoszała zabrakło chętnych do prowadzenia badań. Dziś miasto świeciło pustkami, mury trzymały się nieźle, ale wszędzie widać było brak ludzkiej ingerencji.

Zatrzymaliśmy się w jednym z najlepiej zachowanych budynków. Świeża woda, wciąż działające prysznice i kuchnia, w której mogliśmy w końcu zjeść obiad jak ludzie napełniła nasze serca radością. Trudno jednak opisać jaką euforię wzbudziła w nas zawartość piwnicy! Wina i inne szlachetne trunki ze wszystkich stron nie tylko Księstwa Sarmacji, ale i całego v-świata! W końcu poczuliśmy się na powrót jak ludzie cywilizowani.

Gdy już się wykąpaliśmy, najedliśmy i wypoczęliśmy doszliśmy do wniosku, że najlepszym sposobem na spędzenie popołudnia i wieczoru będzie wylegiwanie się na plaży. Wzięliśmy leżaki, koce, ręczniki, zimne drinki i słodkie przekąski i ruszyliśmy w stronę morza.

Reszta dnia minęła nam leniwie. Prażyliśmy się w słońcu, kąpaliśmy się w morzu i korzystaliśmy z tych wszystkich dobrodziejstw cywilizacji, których brakowało nam w lesie. Nawet nie zauważyliśmy, że dzień zmienił się w wieczór, ten zaś w piękną, księżycową noc. Było tak cudownie, że nikt kompletnie się tym nie przejmował, a zabawa zdawała się nie mieć końca.

Powoli ogarniał nas stan podniecenia i euforii. Do naszych uszu zaczął docierać cudowny śpiew. Biegaliśmy po plaży niczym dzieci, szukając jego źródła. Kilku młodych żołnierzy bez ostrzeżenia wskoczyło do wody i popłynęło w stronę otwartego oceanu. Nikt nie zwrócił uwagi na ich samobójczy wybryk. Nikogo to nie obchodziło. Tylko ten wspaniały głos. Słodki głos, który rozpalał zmysły, koił cierpienie i sprawiał, że chciało się żyć.

Po kilkunastu minutach hasania po plaży zobaczyliśmy właścicielkę owego głosu. Piękną kobietę siedzącą na jednej z przybrzeżnych skał. Bez zastanowienia rzuciliśmy się w jej kierunku. Nawet nie zareagowaliśmy wbiegając do morza. Brnęliśmy wprost w jego huczącą toń, gdy nagle wyrwał nas z transu głośny strzał. To weteran KSZ, który w zeszłym roku po wybuchu samochodu pułapki zaledwie kilkanaście metrów do niego, stracił niemal zupełnie słuch. To właśnie on wystrzelił w niebo, by wyrwać nas z transu.

Udało się w ostatniej chwili. Oprzytomnieliśmy na skraju rafy, za którą było już tylko otwarte morze i prądy tak silne, że z pewnością wciągnęłyby nasze ciała na samo dno. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zrozumieliśmy co się stało. Jaki strach nas opanował, gdy uświadomiliśmy sobie, że ledwo uszliśmy z życiem z pułapki syreny.

Tamtego wieczoru wróciliśmy do kurortu w fatalnych nastrojach, w uszczuplonym gronie i przeświadczeniu, że nigdy, ale to nigdy więcej nie skosztujemy alkoholu na terenie Marchii Trzyczaszkowskiej - krainy, gdzie wszystko może się zdarzyć.
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
3 373,00 lt
Ten artykuł lubią: Rattus Norvegicus-Chojnacki, Karolina Aleksandra, Tytus Aureliusz-Chojnacki, Ryszard Paczenko, Zbyszko Gustolúpulo, Vladimir von Hochenhaüser, Helwetyk Romański.
Komentarze
Rattus Norvegicus-Chojnacki
Coś za dużo kompanów tracimy. Jakieś scenariusze musimy opracować na wypadek różnych dziwnych wypadków...
Odpowiedz Permalink
Karolina Aleksandra
No tak, typowi Sarmaci, widzą alkohol i się na niego rzucają, a potem dopiero się zastanawiają, skąd tu prysznice, alkohol i inne cuda. :D
Odpowiedz Permalink
Rattus Norvegicus-Chojnacki
Czyżby diuczessa tak z własnego przykładu i doświadczenia??
Odpowiedz Permalink
Michael von Lichtenstein
Każde miejsce jest dobre na spożywanie alkoholu. Nawet Marchia Trzyczaszkowska :)
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.