Park Stołeczny, Jurand Swarzewski, 16.06.2014 r. o 22:02
Panie Better

- Panie Better, witamy w naszej fabryce! Czekaliśmy na Pana od samego rana. Dariusz Cunning z działu innowacji, będę Pańskim przewodnikiem. Zapraszam do środka.
- Powiem Panu, Panie Cunning, że to miejsce nie należy do najprzyjemniejszych jakie w życiu widziałem… - Najpierw weszli do holu, jak zdążył zauważyć pan Better, to miejsce, z resztą jak cała fabryka, nie należy do najprzyjemniejszych dla oka. Czuje się tutaj człowiek jak świnia mająca iść na ubój. Dziwna aura otacza to miejsce… Można by rzec, mroczna. Duża sala z sufitem wysoko ponad głowami pracowników, na oko, żeby nie skłamać, z jakieś 7 metrów. Pośrodku wąskie biurko i recepcjonistka równie nieprzyjemna jak to miejsce. Gruba, stara baba, dobrze po 70. Ubrana w obcisły sweterek i za duże okulary. Na jej twarzy widniał, z trudem osiągnięty niby uśmieszek. Usta, wykrzywione w tym grymasie uprzejmości, drgały zupełnie jak cięciwa łuku tuż po oddanym strzale.
-Dzień dobry Pani.
-Dzień dobry. – uśmiech znikł i jej twarz przybrała swój naturalny, niewątpliwie mniej szpetny, wyraz.
- To jest Pan Better, nasz nowy klient. Reprezentuje Grow Up Company i idziemy na małą przechadzkę. Proszę o kartę gościa dla naszego klienta. – bez mrugnięcia okiem i cienia zainteresowania podała kartę dostępu panu Betterowi, po czym wróciła do układania pasjansa wyraźnie zadowolona z faktu, że już ma święty spokój.
- Zapraszam Pana do windy. – Pana Bettera zaskoczył panel w windzie, który obsługiwał piętra tylko od zera do -3. Z zewnątrz budynek wydawał się strasznie wysoki, a okazuje się, że cała praca odbywa się pod ziemią.
- Zaczniemy od samego dołu. - To powiedziawszy wcisnął czarny guzik z wyrytym, białym „-3". Winda była typową windą, z typową w windach muzyką. Po chwili znaleźli się na dnie fabryki, minęli pierwsze drzwi i znaleźli się w wielkiej sali z taśmą produkcyjną i sunącymi po niej kryształkami szkła i nachylającymi się nad nimi mechanicznymi ramionami.
- To jest drugi etap naszej produkcji. To co pan tutaj widzi, to tworzenie zarodków, na szklanym talerzu symulujemy żeński ustrój, następnie na nią roboty wtryskują spermę i czekamy na zapłodnienie, nasza firma spełnia wszystkie normy etyczne i ekologiczne. W 2013 roku zdobyliśmy złotą plakietkę „etyka w parze z jakością" nadawaną przez wyższy zakład etyki w Mediolanie. Ma Pan jakieś pytania?
- Czyje są te zarodki?
- To pytanie balansuje na krawędzi tajemnicy zawodowej, ale myślę, że się jeszcze mieścimy w ramach etyki zawodowej. Sperma pochodzi z banków spermy modyfikujemy genetycznie jej „zawartość" tak, aby odpowiadała naszym klientom, natomiast komórki jajowe odkupujemy od szpitali, które zajmują się In vitro. Nasi eksperci tną genom i składają z niego nowe komponenty zgodne z życzeniami naszych klientów. Obecnie szczycimy się jakością naszych klonów bojowych, przeznaczonych do pracy w jednostkach specjalnych, policji i straży. Jak mówi przysłowie „gdzie człowiek nie może, tam klona pośle".
- Powiedział Pan, że to drugi etap, czemu nie zaczęliśmy od pierwszego?
- Widzi Pan, Panie Better, o pierwszym etapie już opowiedziałem, nie możemy go zobaczyć, ponieważ zachodzi w sterylnych pomieszczeniach. Tam pracują tęgie głowy i tworzą komponenty. Przejdźmy dalej. – wrócili do windy i pojechali na poziom -2.
- Czy szpitale nie mają obowiązku przechowywać tych zarodków? To chyba nie legalne…
- Nasze prawo mówi o tym doskonale: „zarodek musi być przechowywany przez minimum 10 lat od daty zakończenia zabiegu", minimum zostaje spełnione i po 10 latach, taki niechciany zarodek trafia do nas. Oczywiście nie za darmo.
- No dobrze, a co się dzieje tutaj? – Jego oczom ukazała się sala wielkością dorównująca poprzedniej, z tą różnicą, że w tym przypadku podzielona była na piętra przez szklane sufity.
- To mój drogi Panie pomieszczenie nazywane przez nas żartobliwie „farmą". Tutaj hodujemy nasz produkt. To co pan widzi, te szklane butle, są to sztuczne wody płodowe, stąd doskonale widać mechaniczne łożyska. Na górze, pod sufitem, proszę spojrzeć, znajduje się podajnik, stamtąd rozprowadzamy pokarm do wszystkich komór. Nasze produkty są tutaj przechowywane aż do swoich narodzin, czyli dziewięć miesięcy. Następnie zautomatyzowane tuby wynoszą je piętro wyżej, gdzie następują narodziny. Obecnie pracujemy nad zmniejszeniem tego czasu o chociaż kilka miesięcy. Wie Pan, czas to pieniądz a dziewięć miesięcy to szmat czasu i dyrekcji to nie na rękę, ale cicho sza, nic Panu nie mówiłem… Dobrze, przejdźmy na następny poziom.
- Zaraz, zaraz a tamte drzwi?
- A co jest na nich napisane?
- „Tajne- wstęp wzbroniony".
- Zatem tajne.- uśmiechnął się – To znaczy, że nie dla Pana, nie widzę plakietki „pracownik działu naukowego", tylko "gość". Poza tym do tego pomieszczenia wpuszczamy klientów szczególnego rodzaju i poza nimi, nikogo z zewnątrz.
- Nie uważa Pan, że tabliczka „tajne" nad tajnymi drzwiami, nie służy ewentualnym złodziejom za drogowskaz?
- A co to za różnica? Gdyby tablice nad drzwiami miały zapewniać bezpieczeństwo, to banki nie miały by nad wejściami napisów „Bank", nie sądzi Pan?
- Ciekawa teoria, muszę Panu przyznać. A jakich klientów, jeśli można spytać nazywacie szczególnymi?
- Z działu farmaceutycznego. Dość specyficzny rynek. Ale nie ważne, windą na górę!
Tym razem nie pojechali piętro wyżej, a od razu na poziom 0.
- Czemu nie pojechaliśmy na poziom -1? Tam też jest coś, czego nie wolno oglądać?
- Ależ skąd! Tam odbywają się narodziny, a jak sam Pan mógł zauważyć płody są jeszcze w dość wczesnym stanie i najzwyczajniej nie ma tam czego oglądać. O! Jesteśmy na parterze. Mam nadzieję, że się Panu podobało, szef już na Pana czeka pod sto jeden. Dziękuję bardzo i dowidzenia.
- Dziękuję i żegnam Pana.

Po tych słowach, w milczeniu ruszył w stronę pokoju numer sto jeden. Dziwna sprawa, ponieważ oprócz toalet jest tutaj jeden pokój. Może sto jeden to ulubiony numer właściciela gabinetu? Drzwi miały bardzo elegancki kolor, czarny. Puk, puk, puk. Odzew „ proszę wejść Panie Better". Chwyt za klamkę, ruch dłonią w dół, pchnięcie i już był w środku.

- Dzień dobry, biorę sześć tysięcy bojowych i dodatkowo dwa tysiące przeznaczonych do przemysłu farmaceutycznego.
- Dzień dobry… Tak od razu? Bez uzgadniania rabatów, omówienia kwestii transportu, bez… koniaczku?
- Koniaczek może być. Reszty nie potrzebujemy, jesteśmy największą firmą przysposabiającą klony do ich przyszłych obowiązków w kraju, zamierzamy również, przejąć i ten rynek. Polecenie brzmiało: bezkonkurencyjne ceny, no więc nie potrzebuję rabatów ani transportu. Wszystko bierzemy na siebie.
- Nie powiem… Bardzo korzystna oferta, wypijmy za nią! – wzięli po łyczku, po czym prezes nacisnął czerwony guzik, nachylił się przed mikrofonem i rzekł do sekretarki:
- Pani Wandziu, proszę przynieść dokumenty.
Po chwili pojawiła się Pani Wanda z dokumentami. Pan Better zaczął się zastanawiać skąd wzięła się tutaj sekretarka, skoro nigdzie nie było widać innych pokoi…
- Proszę podpisać tutaj… I tutaj… Tutaj z datą… I tutaj… I ostatni, tu. To my zabieramy się do roboty. – Uścisnęli sobie dłonie i już było po wszystkim.

Dziewięć miesięcy później rozwieziono noworodki do głównych punktów dorastania. Grupy bojowych i farmaceutycznych rozwijały się osobno, innymi trybami przysposabiania. Obie grupy przez pierwszych pięć lat życia uczone były podstawowych funkcji. Chodzenie, mówienie, posłuszeństwo. W kolejnych latach ich nauka odbywała się zupełnie inaczej. Pierwsza grupa rozbudowywała wytrzymałość, logiczne myślenie, miała zajęcia z psychologii, chemii, ładunków wybuchowych, ich rozbrajania, składania i czyszczenia broni, strzelania z niej oraz uczyli się podstawowych sztuk walki. Grupa druga głównie, pobierała szczepienia na choroby, uczyli się chemii, obcowania z urządzeniami medycznymi i rozpoznawania różnych objawów chorób. Grupa druga już w wieku dwunastu lat trafiała do odbiorcy. Tam brali udział w badaniach naukowych, w których byli najczęściej obiektami doświadczalnymi. Ciekawym przypadkiem z tego sortu był obiekt sto jeden. Połowa z całego rocznika już nie żyła, kilkadziesiąt z nich umierało, reszta czekała na swoją kolej, a on wykazywał nienaturalną odporność na większość bakterii. Takiego właśnie osobnika szukali. Jego życie codzienne wyglądało mniej więcej tak: Rano śniadanie, kąpiel antybakteryjna, badania, kolacja, kąpiel antybakteryjna, sen. Raz w tygodniu miał pobieraną krew, a w niej naukowcy doszukiwali się przeciwciał na różne choroby którymi go zarażano. Mógłby tak dożyć starości, gdyby nie zapisy w międzynarodowych ustawach o klonowaniu. Po dziesięciu latach, pomimo kosmicznych zysków, jakie ta firma odnotowała, dzięki niemu, musieli odesłać go z powrotem do fabryki, aby oni mogli sprawdzić które geny odpowiadają, za jego niewrażliwość na bakterie i w przyszłości ulepszyć swoje klony, co z kolei zwiększy ich wartość.

W ten sposób, po raz pierwszy od bardzo dawna obudził się w innym otoczeniu niż zazwyczaj. Najpierw przeszedł szereg badań w sterylnym białym pomieszczeniu. Z tego co pamiętam, miało ono tabliczkę gdzie było napisane „Tajne". Kolejną rzeczą którą zobaczył, był wirujący sufit i lekarz, mówiący do pielęgniarki jedno słowo, „budzi się" i to mrowienie w brzuchu… Jak by cię ktoś łaskotał nożem… Znowu zasnął i… więcej już nie było mu dane otworzyć oczu.

Druga grupa w wieku dwunastu lat zaczynała dopiero ćwiczyć sprawność fizyczną. Mordercze treningi i zagadkowe koktajle sprawiające, że w wieku trzynastu lat jesteś wysoki jak nie jeden dorosły, a gdy osiągniesz czternaście przestajesz rosnąć i musisz się golić. Oni po osiągnięciu dorosłości sprzedawani są do służb mundurowych i rzadko dożywają dwudziestu ośmiu lat, żeby spokojnie umrzeć od noża. Im nie jest pisany ten los. Po pięciu latach od rozpoczęcia służby został już tylko jeden oddział. Co może bawić, antyterrorystyczny. Lecz doszło do ataku na szkołę. Kilkunastu uzbrojonych terrorystów i kilkuset zakładników. Wkraczają. Powolutku, spokojnie, jeden ubezpiecza drugiego, zbliżają się do budynku. Taran, uderzenie, są w środku. Widzą zapłakanego ciemnoskórego mężczyznę i detonator. Już ma pociągnąć za spust, kiedy pochłania wszystkich ogień.

Otworzył oczy, w uszach piszczy, nie czuje bólu. Dotyka ręką brzucha, krwawi, próbuje poruszyć nogą, nie może. Spogląda w prawo, w lewo, widzi czyjąś nogę „nie, to nie może być moja" myśli. Wtem słyszy głosy.
- Kurwa, to mogłem być ja…
- My, to moglibyśmy być my. Stara by się ucieszyła.
- Hehe! No, moja pewnie też.
Uratowany, znaleźli go.
- Ty patrz, jeden się rusza. – Policjant podbiega do niego, odbezpiecza celuje…
- Chuj… Trzeba znowu zamówić nowe.
Strzał.

Rejestr zmian

  • Gauleiter Kakulski, dn. 16.06.2014 o 22:16:16: Edycja: Ukryto wulgaryzmy na wniosek autora, dodano formatowanie na wniosek autora, poprawiono cudzysłowy na poprawne na mój wniosek :)
  • Gauleiter Kakulski, dn. 16.06.2014 o 22:17:02: Edycja: Poprawienie niedoróbki.
  • Helwetyk Romański, dn. 17.06.2014 o 00:44:41: Ukrycie artykułu: Artykuł ukryty do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Prefekturę w związku z tym, że po interwencji dokonanej na jej wniosek dokonano ponownego przywrócenia treści zabronionych obowiązującymi przepisami prawa.
  • Michał Pséftis, dn. 17.06.2014 o 01:18:35: Edycja: Cenzura: powód podany w komentarzu niżej, złamanie art. 44, ust 4 KS.
  • Michał Pséftis, dn. 17.06.2014 o 01:18:53: Przywrócenie artykułu: Ocenzurowane.
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
3 730,00 lt
Ten artykuł lubią: Marek von Thorn-Chojnacki, Karolina Aleksandra, Fryderyk von Hohenzollern, Roland Heach-Romański.
Komentarze
Michał Pséftis
Cenzura dokonana na zlecenie prefekta (który z jakiegoś dziwnego powodu nie posiada odpowiednich uprawnień). Podstawa prawna - złamanie artykułu 44, ustępu 2 Kodeksu Sprawiedliwości.

Uprasza się na przyszłość o niestosowanie wulgaryzmów w miejscach publicznych Księstwa Sarmacji.
Odpowiedz Permalink
Rattus Norvegicus-Chojnacki
Ależ ściana tekstu.
Odpowiedz Permalink
Marek von Thorn-Chojnacki
Od razu nie używać, dzieła literackiego się nie cenzuruje.
Odpowiedz Permalink
Gauleiter Kakulski
Przepraszam, dokonałem edycji na wniosek autora przekonany, że to tekst Andronika, dlatego też od razu poprawiłem formatowanie bez pytanie Juranda o zgodę.
Odpowiedz Permalink
Jurand Swarzewski
Jak macie zamiar cenzurować dzieła literackie, to widzę, że nie tylko do polityki nie ma co wracać.
Zapomniałem zupełnie, że bawimy się z 5-letnimi dziećmi i ich mamy zalały nas falą krytyki przez wulgaryzmy. Czy stanę przed sądem za stwierdzenie, Jebać paragraf 44?
Permalink
Gauleiter Kakulski
Nie, ale grzywnę pewnie dostaniesz, bo uprzedzony zostałeś. I tu, i na IRC-u.
Odpowiedz Permalink
Jurand Swarzewski
W dupie to mam generalnie, szacunek do sztuki musi być zachowany... Nic mnie bardziej nie bulwersuje, jak idiotyczne kary finansowe :p
Permalink
Marek von Thorn-Chojnacki
W sumie każde zamieszanie jest doby, żeby zarobić trochę.
Odpowiedz Permalink
Michał Pséftis
Zgodnie z Art. 5, ust. 1 obowiązującej Ustawy Sejmu [...] o Prefektach, w następstwie popełnienia czynu zabronionego opisanego w Art. 44, ust. 2 Kodeksu Sprawiedliwości, wobec niedostosowania się do wystosowanego uprzednio upomnienia przekazanego poprzez ścieżkę prywatną i publiczną i edycję artykułu uprzednio ocenzurowanego przez prefekturę, postanawiam o zastosowaniu kary dodatkowej wobec Sł. P. Juranda bnt. Swarzewskiego w wysokości 3000 lt.

Każdy akt niedostosowania się do obowiązujących przepisów będzie skutkował podwyższoną represją. Treść artykułu skrupulatnie cenzuruję.
Odpowiedz Permalink
Fryderyk von Hohenzollern
Witamy z powrotem :)
Odpowiedz Permalink
Jurand Swarzewski
Teraz będą sprawdzać, co godzinę xd Witam Pana Fryderyka :)
Permalink
Roland Heach-Romański
Andronichus: Serio? Sztukę cenzurować będziesz? Miło, brawo, fallusowo.
Odpowiedz Permalink
Gauleiter Kakulski
Ja cenzurowałem i sformatowałem niedającą się czytać ścianę tekstu, a Jurand cenzurę usunął (ale formatowanie zostawił :P) wiedząc, że to przestępstwo. Niech się cieszy, że nie siedzi.

PS. Nie nadużywajcie pojęcia sztuki ;)
Odpowiedz Permalink
Rattus Norvegicus-Chojnacki
Sztukę trzeba umieć tworzyć. Nie każde 10 akapitów ściany teksty to sztuka. Czasem to zwykła ściana tekstu.
Odpowiedz Permalink
Roland Heach-Romański
No publicystyka to nie jest, więc raczej należy uznać, że tekst publikowany jest w duchu literatury pięknej. Sztuką więc to jest, a że nie każdemu się podoba, no cóż. Bywa. Niemniej nie powinno się ingerować w utwory literackie. Nigdy. Przenigdy.
Odpowiedz Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Witam
Ciekawe ciekawe daje do myślenia, a to jak wiadomo najlepiej robić przy koniaczku :)
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.